Po długim okresie lenistwa wracam z nowym postem, znalazłem również moje notatki z tej podróży, więc poniżej uzupełnię opis tej wycieczki.
Zanim wyruszyłem do Spiti musiałem przeczekać parę godzin w Delhi, nie robiłem zdjęć, gdyż ogólnie stolica nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia – przemieszanie drogich sklepów z bałaganem. Dodatkowo na każdym kroku można było usłyszeć za plecami „Hello my friend”, po czym doczepiał się jakiś chłopak który za darmo oferował pomoc – jakoś nie mogłem uwierzyć w te dobre zamiary, niestety trudno się było od nich opędzić. Schowałem się w McDonaldzie i nie omieszkałem przetestować tamtejszego jedzenia – hamburgery kiepskie ale frytki standadowo dobre ;). Następnym problemem byli ludzie oferujący czyszczenie uszu – nachodzili mnie ze wszystkich stron, ja już sam nie wiedziałem czy wosk mi się wylewa z ucha czy co. Na szczęście pod koniec dnia spotkałem miłego Indusa, który studiował w Moskwie i ucięliśmy sobie miła pogawędkę.
Następnie metrem udałem się na dworzec autobusowy – zanim na niego trafiłem pobłądziłem po okolicy – każda napotkana osoba wskazywała mi inne potencjalne miejsce lokalizacji dworca. Potwierdziła się jedna z informacji: w Indiach wszyscy chcą ci pomóc, nawet jak nie znają odpowiedzi na pytanie to i tak jej udzielą ;). W każdym razie bezpiecznie wylądowałem w busie do Shimli, w którym mogłem poczuć himaljaskie mrozy – klima działała tak dobrze, że się przeziębiłem – była to najzimniejsza noc w całej podróży.
W poprzednim poście opisałem mój krótki pobyt w Shimli – dodam jedynie, że tak zagadałem się z poznanymi tam studentami, że musiałem wziąć taxi aby zdążyć na następny autobus do Reckong Peo. Po nocy w Reckong Peo udałem się do Nako na jedną noc, po czym wyruszyłem dalej – w kierunku Kalpy – i właśnie poniżej przedstawiam opis tej podróży. Jeszcze będąc w Reckong Peo dowiedziałem się że droga z Nako do Tabo jest nieprzejezdna, ale poznany Holender powiedział, że da się przejść przez lawiny. Mimo tego moje obawy wzrastają, gdyż coraz więcej osób mówi, że lawina która zeszła jest nie do przejścia.

w drodze do Nako, krajobrazy jeszcze bardziej dramatyczne a przepaście jeszcze bardziej strome = więcej frajdy :D wystawiałem głowę za okno jak głupi pies ;)

bardzo częsty widok na tych drogach, tzn. zeszła właśnie lawina i zasypała drogę, jest to kolejny czynnik umilający podróż :D

najzabawniejsze w tym wszystkim było, że gdy tak tłukłem się tym autobusem, czytając gazetę znalazłem artykuł o jakiś lawinach, zasypanych ludziach którzy umarli pod lawinami, co zwróciło moją uwagę, po przestudiowaniu mapy okryłem, że piszą właśnie o drodze którą jadę ... byłem niezłym szczęściarzem bo drogi były pozamykane, a kiedy ja jechałem był to pierwszy dzień gdy je otwarto ( o czym świadczyło kołysanie autobusem gdy przejeżdżaliśmy przez tereno po lawinowe) przygoda przygoda każdej chwili szkoda :)
A tutaj filmy bardziej oddające atmosferę podróży tymi drogami:

mniej więcej na granicy Kinnaur i Spiti leży Nako, niezwykle malowniczo położona wioska ze starą buddyjską światynią

zdjęcia zrobione na dachu świątyni, te rozwieszone chorągiewki to flagi modlitewne, a ten przystojny facet o aparycji Mela Gibsona i obfitej muskulatrze to ja ;)

hmm nie znam nazwy tego przedmiotu, w każdym razie przechodząc obok tego zakręca się tym, takich młynków jest mnóstwo przy świątyniach

przyszedł wieczór, przyszedł czas na integrację :D - a oczywiście nie ma nic lepszego niż imprezka z mieszkańcami :), panowie byli niezwykle towarzyscy,

spotkałem również niezwykle sympatycznych podrózników z różnych zakątków świata: Izrael i Nowa Zelandia, muszę przyznać, że po tym wieczorze i po himalajskim winie morelowym i jabłkowym obudziłem się na kacu :)
a tutaj film oddający atmosferę tego wieczoru (na którą złożyło się dużo alkoholu i pysznego jedzenia :)):






































